Taiga nie odzywała się od czasu tego przeklętego bankietu. Zawaliłem i byłem tego świadomy. Nie mogłem wciągać ją w swoje sprawy, przynajmniej jeszcze nie teraz. Wyszło na to, że zostawiłem ją samą na przyjęciu pośród obcych ludzi, a sam pomagałem w uprowadzeniu tego małego gnojka, Hiddena. Oczywiście nie on był celem, ale wszystko się posypało. To, że do tej pory nie odbierała ode mnie telefonów, nie odpisywała ani nie otwierała drzwi, kiedy godzinami wręcz stałem pod nimi, błagając o rozmowę nie było niczym dziwnym. Nie chciała mnie znać. I nawet taki palant jak ja potrafił to zrozumieć. Dlatego też postanowiłem dać jej czas, aby za dzień lub dwa znów spróbować się z nią zobaczyć. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to były nasze ostatnie chwile. Nie dopuszczałem myśli, że cokolwiek mogło by się jej stać podczas tamtego napadu.
Dopiero drugiego dnia po napadzie wróciłem do pracy w cukierni. Właściciel był aż nadto wyrozumiały, skoro jeszcze mnie z niej nie wyrzucił. Obiecałem, że będę brał dodatkowe godziny, aby nadrobić dni, kiedy mnie nie było. Podobno podczas mojej nieobecności ktoś o mnie pytał, co nie za bardzo mnie cieszyło. Czy ktokolwiek z Pangei znał mój sekret? Czy ktokolwiek mnie widział? Nie... To było niemożliwe, byliśmy w tej łazience sami. Zaczynałem powoli świrować, wyobrażając sobie najgorsze rzeczy.